Wenecja moimi oczami

Od kiedy wzięliśmy z mężem ślub postanowiliśmy, że w miarę możliwości na każdą rocznicę będziemy wyjeżdżali do jakiegoś miasta, którego normalnie nie wybralibyśmy na wakacje z dzieckiem. Gdzieś gdzie możemy pogubić się wśród uliczek, zjeść pyszne jedzenie, pójść na imprezę lub po prostu usiąść wygodnie w kawiarence i wypić szampana na śniadanie.

Pierwszą rocznicę spędziliśmy w Paryżu. Natomiast drugą postanowiliśmy spędzić w Wenecji, która nie powiem, ale spędzała mi sen z powiek. Przede wszystkim dlatego, że tak do końca nie wiedziałam jak dostaniemy się do centrum z lotniska. Oczywiście przekopałam cały Internet, blogi i dodatkowo jeszcze popytałam na Instagramie i poza tym, że mnie trochę uspokojono to i tak nie otrzymałam konkretnej informacji. Jakąś wiedzę już miałam więc ostatecznie uznałam, że poradzimy sobie jak zawsze 🙂 Lecieliśmy z lotniska Chopina w Warszawie na lotnisko Marco Polo w Wenecji.

Po wylądowaniu i odebraniu bagaży znaleźliśmy taką budkę, która wyglądała jak bankomat gdzie kupiliśmy bilety na tramwaj wodny Alilaguna za 7,50 Euro za osobę. W cenę biletu wliczony był bagaż. Po zakupieniu biletów poszliśmy za znakami na przystań. Później wystarczyło tylko pilnować swojego przystanku i wysiąść w odpowiednim momencie. Z samej przystani mieliśmy dosłownie kilka minut do hotelu, który znajdował się na przeciwko Bazyliki św. Marka. Przyjęliśmy z mężem zasadę, że hotel wybieramy w takim miejscu, aby możliwie dojść do jak największej ilości atrakcji pieszo.

Zatrzymaliśmy się w hotelu Concordia. Nasz pokój mieścił się całkiem po prawej stronie na samej górze skąd mieliśmy taki piękny widok na plac.

Nasz pobyt nie zbył zaplanowany szczegółowo ponieważ po pierwsze bardzo lubimy gubić się we Włoskich miastach i poruszać się bez mapy. Po drugie ciągła zmiana pogody nie pozwalała nam na konkretne plany. Pierwszego dnia obeszliśmy dokładnie okolicę a następnie kierowaliśmy się do mostu Ponte dell’Academia, jednego z czterech mostów, który przechodzi na drugą stronę Grande Canale. Odwiedziliśmy lokalne pracownie artystyczne i udaliśmy się na kolację w pobliżu hotelu.

Przez ten most przechodziliśmy kilkukrotnie podczas naszego zwiedzania ponieważ w ciągu dnia uciekaliśmy od zatłoczonego Placu św. Marka.

Drugiego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, aby jeszcze przed przyjeżdżającymi turystami zrobić zdjęcia na Placu i w okolicy. Godzina 7:30

Wybraliśmy się rownież zobaczyć XVII wieczny Kościół Santa Maria della Salute, który mieści się u ujścia Canale Grande. Wzniesiony został przez Baldassarre Longhenę na zakończenie epidemii dżumy. Znajdują się w nim m.in. obrazy Tycjana oraz Tintoretta.

Stamtąd ruszyliśmy w miejsca mniej turystyczne kierując się na Campo Santa Margherita gdzie po drodze trafiliśmy do małej pracowni artystycznej, w której powstawały cudowne maski. Z tego miejsca mam jedno jedyne zdjęcie ponieważ Pani, która tam zarówno malowała i sprzedawała swoje dzieła poprosiła nas aby więcej zdjęć nie robić ze względu na unikatowość masek. Oczywiście jako pamiątkę kupiliśmy jedną z masek, która wisi w naszym pokoju biurowym. Tego dnia pobiliśmy również nasz rekord pieszych wędrówek – 21 km.

Kolejnego dnia świętowaliśmy drugą rocznicę naszego ślubu. Niestety zgodnie z prognozami było totalne załamanie pogody i prawie przez cały dzień padało bez przerwy. Postanowiliśmy więc wybrać się na zakupy (oczywiście pierwszą rzecz jaką zakupiliśmy był parasol).

A na koniec pyszna kolacja rocznicowa (najlepsza bruschetta jaką kiedykolwiek jadłam we Włoszech…)

Wiedzieliśmy, że kolejnego dnia pogoda ma się poprawić i duże było nasze zdziwienie kiedy wstaliśmy rano a tu same chmury. Dłużej się nie zastanawiajc obudziłam męża na kolejną poranną sesję.

bluzka – Zara / kolczyki – W. Kruk / maska – kupiona w pracowni artystycznej

spódnica – Le Collet / maska – kupiona w sklepie w centrum

Na szczęcie po śniadaniu wyszło piękne słońce i nie mogliśmy inaczej spędzić tego dnia jak na spacerach. Wcześniej jednak chcieliśmy dowiedzieć się jak wygląda sprawa z taksówkami wodnymi na lotnisko. Na miejscu okazało się, że właśnie dzisiaj są darmowe przejazdy na wyspę Murano, którą co prawda mieliśmy w planach zwiedzić ale po dwóch średnio pogodowych dniach początkowo chcieliśmy zostać w centrum. Jednak przyjechało tak dużo wycieczek, że postanowiliśmy uciec na kilka godzin korzystając z okazji. Warto zatem podejść do stacji gdzie są taksówki wodne (vaporetto) i zapytać czy mają jakieś w danym dniu rabaty lub specjalne okazje.

Popłynęliśmy więc na wyspę Murano. Na stacji odebrał nas jeden z pracowników galerii Veteria Estevan Rossetto 1959 S.r.l. Wprowadził do środka pracowni i opowiedział o tym jak tworzone są te wszystkie piękne dzieła. Następnie zabrał nas do galerii gdzie mogliśmy podziwiać przepiękne wyroby, ale niestety nie mogliśmy robić tam zdjęć. Na sam koniec przestrzegł nas przez podróbkami z Chin. Ogólnie jak powszechnie wiadomo zalewa nas produkcja z Chin na każdym możliwym kroku. Okazało się, że nawet w centrum Wenecji sprzedawane maski czy właśnie wyroby ze szkła są czystą podróbką, którą możemy zakupić za dużo niższą cenę i do tego z podrobionym certyfikatem. Żebyście dobrze mnie zrozumieli ja naprawdę nie mam nic przeciwko takim wyrobom, ale wciskanie kitu turystom, którzy faktycznie chcą mieć oryginalną pamiątkę wg mnie jest strasznie słabe. Zwróćcie zatem uwagę na ceny – oryginalna maska wielkości 2/3 naszej twarzy kosztuje około 45 EU, czarna maska z porannej sesji kosztuje 35 EU, natomiast wyroby ze szkła zaczynają się od 35 EU za nóż do masła, 60 EU zegarek i wzwyż. Nie dajcie się nabrać bo różnicę widać gołym okiem. Poszukajcie pracowni gdzie malowane są maski i porównajcie je z tymi za 15 EU. Na pewno zobaczycie różnicę…

Ten konik powstał na naszych oczach w zaledwie 2 minuty. Niesamowite było zobaczyć jak plastyczny jest ten materiał, jak się go koloryzuje i precyzyjnie naciąga, aby powstało właśnie coś takiego. Na moim Instagramie w zapisanej relacji z Wenecji możecie podejrzeć ten proces.

Sama wyspa ujęła mnie niesamowitym spokojem i małą ilością turystów. W restauracjach można było znaleźć wolne miejsca na posiłek czy swobodnie zwiedzać małe uliczki. Jeśli nie zdecydujecie się na jedzenie na wyspie przeznaczcie na zwiedzanie łącznie około dwóch godzin. My zdecydowaliśmy się na krótki spacer ponieważ chcieliśmy jeszcze tego dnia popłynąć gondolą. Powrót musieliśmy już zorganizować sobie sami, co nie stanowiło problemu ponieważ w pobliżu pracowni znajdował się przystanek na tramwaj wodny, a bilety zakupiliśmy wchodząc na pokład. O ile dobrze pamiętam 5,50 EU za osobę. Powrót do centrum zajął nam około 30 minut.

Po dwóch deszczowych dniach gondolierzy mieli mnóstwo pracy. Każdy chciał nadrobić zaległy rejs, my również. Generalnie sami przekonaliśmy się na własnej skórze, chociaż czytając na ten temat wiadomości nie chciało mi się wierzyć, że faktycznie tak może być – ale tak korki w kanałach to nie bajka. Sami w takim utknęliśmy. Naprawdę nie uważam tego za obowiązek (“Kto był w Wenecji a nie płynął gondolą to tak jakby naprawdę tutaj nie był”), ani za śmieszny zwyczaj. Dla mnie była to bardzo miła atrakcja i z chęcią bym ją powtórzyła. Koszt 110 EU za 30 minut.

Po tej bardzo miłej atrakcji nie moglam sobie odmówić kawy espresso lungo oraz czegoś słodkiego. Nie ukrywam, że jestem wielka fanką miejsc gdzie można spotkać głównie mieszkańców danego miasta. Będąc w Rzymie w podróży poślubnej musieliśmy wykonać jedno zadanie, które było prezentem od mojej świadkowej, a mianowicie udać się do mostu Ponte Milvio i zawiesić kłódkę z naszymi inicjałami oraz datą ślubu. Pomijam fakt, że pieszo mieliśmy około dobrej godziny drogi. W trakcie naszego spaceru trafiliśmy na uroczą kawiarenkę, w której byliśmy jedynymi turystami. Spędziliśmy tam około godziny. Śmiem twierdzić, że nawet byliśmy dla lokalsów atrakcją ponieważ zamówiliśmy porządne dwie kanapki i dwie kawy a do tego dwa rogale z czekoladą. Schowaliśmy się w kącie i podglądaliśmy mieszkańców, którzy wpadali na esporesso i cornetto, które zjadali przy ladzie. Nie zapomnę tego nigdy. Czułam się jakbym oglądała jakieś sceny z filmów włoskich. Dlatego od tamtego czasu za każdym razem próbuję znaleźć podobnie miejsca w innych miastach. I wydawałoby się, że w Wenecji będzie to prawie niemożliwe szczególnie przy Cafè Florian, to to prawie przeważyło. W samym centrum niedaleko mostu Rialto znaleźliśmy małą kawiarenkę gdzie spotkaliśmy tylko dwie osoby w środku… a słodycze były przepyszne…

Po słodkim poczęstunku udaliśmy się na kolację…

I na zakończenie takiego miłego, pełnego wrażeń dnia ostatnie spojrzenie na Plac nocą.

Dlatego warto czasem wziąć hotel w samym centrum, aby wieczorem móc przyjść do miejsc, które za dnia są całkowicie zatłoczone.


Ostatniego dnia zerwaliśmy się z samego rana, aby w samotności pospacerować jeszcze przed śniadaniem i mimo, że był to wtorek to uwierzcie mi, że przez cały weekend nie było tylu par na zdjęciach ślubnych co tego jednego dnia. Swoją drogą będą mieli piękną pamiątkę.

Ostatni rzut oka na plac i w drogę

Moim marzeniem jest tutaj wrócić w czasie karnawału w lutym, kto wie może się spełni…

Miasto na wodzie…

Mam nadzieję, do zobaczenia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *