Z czym przyszło nam się ostatnio zmierzyć jako rodzicom…

Zaczynam ten tekst po raz dziesiąty bo im więcej piszę, im więcej chciałabym przekazać to robi się z tego jakaś drama. A tak naprawdę chciałam podzielić się z Wami tym co zaprzątało mi głowę już od prawie dziewięciu miesięcy. A mianowicie pewnego wczesnojesiennego dnia przy śniadaniu zadajemy z mężem naszemu synowi kilka pytań, na które on nie reaguje. Pierwsze pytanie, brak odpowiedzi. Drugie pytanie, brak odpowiedzi. Trzecie pytanie, nadal nic. W końcu przechodzimy do tzw. ataku rodzicielskiego i zaczynamy rozmawiać, że w sumie można byłoby dziś na śniadanie zjeść pół słoika kremu czekoladowego… na co słyszymy z mężem… ciszę… Co nie jest normalne bo moje dziecko da się pokroić za czekoladę. W końcu nie wytrzymałam i wykrzyczałam: Czy Ty słyszysz co do Ciebie mówimy??? HALO rozmawiamy o czekoladzie na śniadanie!!! Na co syn spokojnie odpowiada: Nie słyszałem. Jaka czekolada?

Popatrzyliśmy z mężem na siebie i strach lekko zajrzał mi w oczy.

Ok uznaliśmy, że jesteśmy przewrażliwieni, że dziecko nie skupia się bo o czymś myśli, albo zwyczajnie się zawiesiło. Ale, ale nie poprzestaliśmy na tym. Przez kilka kolejnych dni testowaliśmy słuch naszego dziecka. Mówiliśmy do niego w różnych tonacjach głosowych i zazwyczaj szept, zwykły ton głosu nie działały. Czasami zdarzało się, że usłyszeliśmy pytanie z powrotem: Co mówiłaś? Czy możesz powtórzyć bo nie usłyszałem? Chyba za cicho mówisz tato itp.

Po dwóch, no może trzech dniach zdecydowaliśmy się pójść do laryngologa, żeby się upewnić co jest przyczyną. Do lekarza udaliśmy się z różnymi przeczuciami. Ja z tym, że pewnie się korek z woskowiny zrobił i trzeba uszy przepłukać. Mąż, że niestety to na pewno coś poważniejszego o co na początku byłam naprawdę wkurzona.

DIAGNOZA – obustronne wysiękowe zapalenie uszu, płyn we wewnątrz a do tego powiększony trzeci migdałek i w sumie dwa pozostałe też. Uszkodzone 50% słuchu i możliwość utraty słuchu całkowicie.

No chyba nie mogę napisać inaczej jak S Z O K! Nie wyobrażałam sobie, że moje dziecko może stracić słuch. Nie wyobrażałam sobie, że skończy z nami rozmawiać. Dla każdego rodzica zła diagnoza czegokolwiek by nie dotyczyła a miała związek z najbliższą osobą jest trudna do przyjęcia.

Skierowanie na badania dodatkowe, zalecone inhalacje, które miały pomóc w pozbyciu się płynu z uszu. Całe szczęście, że mogliśmy pozwolić sobie na jeżdżenie dwa razy dziennie do kliniki i mieliśmy do niej blisko. I tak walczyliśmy do marca kiedy otrzymaliśmy wynik zadowalający nas i przede wszystkim lekarza. Już myśleliśmy, że wyszliśmy na prostą kiedy po miesiącu powtórzyliśmy badania drugi raz i wszystko to co udało się nam zwalczyć znów wróciło.

DECYZJA – operacja pod pełną narkozą…

Jakby mi ktoś przyłożył w łeb. Uwierzcie mi, że byłam w szpitalu w całym swoim życiu raptem trzy razy kiedy się urodziłam i kiedy rodziłam syna oraz z synem kiedy po raz pierwszy miał ostre zapalnie krtani. Na całe szczęście również nikt z mojej rodziny nie był w nim dłużej jak trzy dni z różnymi przypadkami. Jasne, że martwiłam się o każdego kogo to spotykało bo to całkiem naturalne. Ale kiedy przyszło zmierzyć mi się z tym, że muszę pojechać dzieckiem, które jest już świadome. Nienawidzi różnego rodzaju badań to naprawdę wtedy dotarło do mnie, że albo postawimy na jedną kartę, albo nasze dziecko może ogłuchnąć.

Przed operacją musieliśmy zrobić kilka zleconych badań i pamiętam jak wracaliśmy z pobrania krwi, którego nasz syn bał się najbardziej. Ile mnie to kosztowało stresu wtedy. Sama nie ogarniam tego badania. Dzień przed nie mogę spać i chodzę od rana jakbym miała iść na ostatnie w życiu. A do tego dodajcie dziecko, które płacze na każdą zdartą skórkę i panikuje przy każdym jednym skaleczeniu. Doskonale więc potrafiłam wbić się w jego odczucia. Kiedy było już po, to powiem Wam, że odetchnęłam jak nigdy bo widziałam ile stresu to kosztowało moje dziecko.

Na początku czerwca mieliśmy termin operacji. Usunięcie trzeciego migdałka, pomniejszenie dwóch pozostałych oraz założenie dreników wentylacyjnych. Operacja przebiegła pomyślnie, poza ogromnym bólem gardła nie mieliśmy z niczym innym problemu. Dziś byliśmy na kontroli oceniającej i na szczęście wszystko jest już dobrze. Kolejna kontrola za jakieś trzy, może cztery miesiące. Jedyny “minus” dla nas rodziców to to, że musimy dużo ciszej rozmawiać w samochodzie bo młody wszystko słyszy… Nawet to czego nie powinen 🙂

Moja powyższa historia nie dotyczyła zagrożenia życia i cały czas zastanawiałam się czy ją tutaj opisywać. Jednak dotyczyła ona najważniejszej dla mnie osoby i być może pozwoli dostrzec innym ewentualne zagrożenie.

Nie zawsze dziecko, które nie słyszy naszych próśb czy poleceń robi to celowo…

__________________________________________________________________________

Pozdrawiam Was ciepło, bo za oknem ma być coraz chłodniej…

Marta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *