Podróże z siedmiolatkiem. Jak zaradzić nudzie?

Na pewno wiele z Was jest w stanie powiedzieć kiedy nachodzi idealny czas na podróże z dzieckiem, a kiedy lepiej sobie odpuścić. Ja do dzisiaj żałuję, że nie jeździłam nigdzie od kiedy mój syn miał pół roku do momentu chodzenia. Pierwsza nasza wspólna podróż odbyła się kiedy mały miał dwa latka. Wybraliśmy Grecję, a konkretnie wyspę Kretę. Wylądowaliśmy w małej wiosce, oczywiście z dostępem do morza i basenów. Duży hotel z myślą o najmłodszych. Było cudownie, ale wiele atrakcji hotelowych oraz wycieczek fakultatywnych musieliśmy sobie odpuścić. A te, na które mimo wszystko udaliśmy się, dzisiaj wspominamy z dużą dawką śmiechu.

Kolejny wyjazd trzy miesiące później. Również Grecja. Tym razem wyspa Kos. Niby trzy miesiące różnicy, a uwierzcie mi, że synek zupełnie inaczej się zachowywał. Korzystaliśmy z tych atrakcji, które odpuściliśmy na Krecie. Nie pojechaliśmy na żadną wycieczkę fakultatywną poza tą do Turcji. Ale nawet tam odłączyliśmy się od grupy, żeby we własnym rytmie móc zwiedzić miasto. Na Kos byliśmy na tyle blisko stolicy, że chodziliśmy do niej pieszo i nic więcej nie było nam wtedy potrzebne.

Następne wakacje pół roku później, czyli prawie trzy latka i Dominikana. Zamknięta przestrzeń około hotelowa była idealna dla dziecka, które miało w głowie tylko figle i chowanie się przed rodzicami. Nie ukrywam to tutaj wypoczęliśmy najlepiej ze wszystkich tych trzech wyjazdów mimo rozbrykanego trzylatka. Nawet wybraliśmy się na własną rękę do jednego z miast wynajętym samochodem i zwiedziliśmy przepiękne okolice.

Kiedy syn skończył cztery latka wybraliśmy się na wakacje samochodem. Objazdówka po Włoszech. Trzy miejsca noclegowe i mnóstwo zwiedzania. Mieliśmy ze sobą wtedy wózek spacerówkę, który okazał się idealny na piesze zwiedzanie Rzymu. Potrafiliśmy dziennie pokonywać dystans 25 km. Mieszaliśmy wyprawy piesze oraz te gdzie wózek był niezastąpiony.

W międzyczasie odbywaliśmy różne podróże, aż w ubiegłym roku postanowiliśmy udać się do Włoch i Francji, kolejny raz samochodem. Podczas tego wyjazdu mieliśmy różne przygody. A to nuda, innym razem ból brzucha i wymioty, dodatkowo coraz większe niezadowolenie dziecka. Przed każdą zmianą miejsca, a były raptem trzy generalnie nie było problemu. Gorzej jak chcieliśmy robić sobie małe wycieczki jedno lub dwudniowe. Próbowaliśmy sobie radzić różnymi sposobami z różnymi tego skutkami. Pamiętam jak wracaliśmy już do domu na szybko musieliśmy stawać na stacji bo młody źle się czuł i kładliśmy go, o ile było to możliwe, na trawie przy autostradzie, żeby mógł chwilę odpocząć. Nie bardzo wiedzieliśmy też o co chodzi. Do tej pory nie było problemów z jazdą samochodem czy lotami samolotem. Natomiast w momencie jak tylko oddawaliśmy do dyspozycji tablet ten mały koszmarek się kończył. I pewnie powiecie teraz, że było to wymuszenie. No właśnie nie. I martwiło mnie czy czasem nie mamy dziecka z chorobą lokomocyjną. Wcześniej jak zdarzały się takie sytuacje to wiedzieliśmy, że koniecznie trzeba było odstawić produkty mleczne. I to działało. Niemniej jednak nie zawsze. Nawet po podaniu odpowiednich leków.

W tym roku kiedy postanowiliśmy, że również wybierzemy się w podróż samochodem. Zupełnie inną niż dotychczas. Musiałam przygotować dla syna nowy jeszcze do tej pory nieznany zestaw gadżetów na samą podróż oraz cały pobyt. Musiało to być coś niestandardowego i zaskakującego. Coś co będzie pewnym wyzwaniem, a jednocześnie na tyle proste w wykonaniu, że sam chętnie będzie w tym uczestniczył.

TABLET

Oczywiście nie zrezygnowaliśmy z tabletu i bajek oraz gier. Natomiast wprowadziliśmy nowe zasady. Kiedyś bajki mogły być włączone dopiero po pewnym odcinku drogi, wyłączane co jakiś czas i tak na zmianę. Z perspektywy czasu i ilości odbytych wyjazdów powiem Wam, że było to najgorsze rozwiazanie z możliwych. Syn bez przerwy pytał kiedy może włączyć urządzenie. Jechał niezadowolony, zły i dalej niecierpliwy.

Tym razem postanowiliśmy, że może włączyć bajki od razu i w trakcie trwania podróży kontrolowaliśmy ile ogląda. Co jakiś czas urządzenie musiało być wyłączoneę. Działało to rewelacyjnie, ponieważ kiedy prosiłam o wyłączenie to bez jakiegokolwiek sprzeciwu kończył oglądnie i zaczynał zajmować się swoimi zabawkami, jedzeniem czy spaniem. Już drugi raz syn zabrał ze sobą nowe słuchawki, które sprawiały mu wiele radości. Głos dużo lepszy i do tego odpowiednio dobrane do rozmiaru głowy. Jednocześnie dodatkowe przyciski na kablu dające możliwość zgłaśniania lub ściszania dźwięku stanowiły nie lada atrakcję.

KOMIKSY I GAZETKI DZIECIĘCE

Kolejnym elementem wyposażenia dziecięcego były komiksy i gazetki z ulubionymi bohaterami.

Pamiętam jak zrobiliśmy sobie przerwę w Austrii na jednej z dużych stacji benzynowych, aby skorzystać z toalety, wypić kawę i coś zjeść. Młody jak to dziecko poszedł do działu sklepowego z tymi wszystkimi zabawkami i gadżetami. Oczywiście był bardzo niezadowolony kiedy powiedziałam, że nic nie kupujemy bo nie ma sensu, ponieważ książeczki w języku niemieckim do niczego nam się nie przydadzą. Ostatecznie zgodziłam się na malutki zestaw lego [tak wiem, to był pierwszy i nie ostatni raz podczas tego wyjazdu :)]. Natomiast po powrocie do samochodu i jakiejś godzinie drogi od wspomnianej stacji benzynowej wyjęłam z mojej czarodziejskiej torby jedną z naszych gazetek. Odgłosów zadowolenia nie było końca 🙂

PAPIEROWA MAPA

Mój mąż, krótko przed wyjazdem wpadł na pomysł, aby przygotować papierową mapę, na której wraz z Julianem będą zaznaczać odcinki jakie mieliśmy pokonywać już w samych Włoszech.

Mapa stanowiła dla nas bazę wyjściową jeśli chodzi o miejsca w jakich mieliśmy spać. Dzięki niej mogliśmy pokazać synowi gdzie będziemy się zatrzymywać, na jak długo, ile będzie trwała kolejna drogi itp. Po każdym zameldowaniu się w hotelu braliśmy pisaki i zaznaczaliśmy odcinek jaki właśnie przejechaliśmy z jednoczesnym zaznaczeniem, który to punkt wycieczki.

APARAT INSTAX

Chciałam też podarować synowi możliwość upamiętniania naszej podróży nie tylko na zdjęciach w telefonie, którego zresztą jeszcze nie ma. Kupiłam mu więc aparat Instax, aby mógł w każdej chwili zrobić zdjęcie w danej miejscowości i od razu je zobaczyć.

Pomysł bardzo mu się spodobał i w momencie kiedy mieliśmy jeden dzień do wyjazdu do kolejnego punktu, braliśmy aparat i szliśmy zrobić pamiątkowe zdjęcia. Zawsze zabierał wtedy malutki plecaczek, w którym trzymał urządzenie oraz pudełko na zrobione zdjęcia. Staraliśmy się nie wtrącać jak ma je wykonać i co ma na nich być. Oczywiście mówiliśmy co ważnego widzieliśmy, co warto byłoby zachować w pamięci, a co sfotografować. Niemniej jednak ostateczny wybór dokonywał Julian.

DZIENNIK PODRÓŻY

Poszłam o krok dalej z tymi zdjęciami i zakupiłam brulion w Empiku z twardą okładką oraz kartami technicznymi. Wspólnie wymyśliliśmy jak będzie wyglądała archiwizacja i po pierwszym przystanku w Weronie ruszyliśmy z pracami.

Zapisywaliśmy miejsce oraz datę pobytu. Wklejaliśmy zrobione przez syna zdjęcia oraz uzupełnialiśmy o rysunki, które przedstawiały wspomnienia Juliana z danego miejsca. Było przy tym dużo pracy, zaangażowania, ale również zabawy i radości z efektów. Oczywiście zdarzały się momenty, kiedy rysunki nie wyglądały tak ładnie jak poprzednie. Decydowaliśmy wtedy czy poprawiamy czy zostawiamy tak jak jest. Na cały wyjazd wyrwaliśmy dwie karty z rysunkami, ponieważ wspólnie uznaliśmy, że wyglądają po prostu brzydko. Bardzo starałam się nie uczestniczyć w rysunkach, aby była to samodzielna praca mojego syna. Niemniej jednak jak widziałam, że nie wie jak oddać na papier pewne pejzaże to kilka moich kresek wystarczało, aby już resztę dokończył sam. Dokładnie tak było w przypadku tych dwóch miejsc.

Taka praca nad pamiętnikiem pokazała mojemu synowi co to jest systematyczność, jak wygląda praca fotografa oraz osób piszących przewodniki i że wcale nie jest to takie proste. Chciałam też, żeby spotkał się z krytyką kiedy nie do końca przykładał się do rysunków. Ten moment był dla mnie trudny, ponieważ wiedziałam, że zaboli go moja opinia, ale nie chciałam też chwalić go wtedy, kiedy po prostu się nie przyłożył. W momencie gdy widziałam, że nie ma ochoty nie naciskałam, ale kolejnego dnia dopingowałam, że czas się zabrać bo będziemy z pracą do tyłu. Efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, Wiem, że ten dziennik będzie dalej kontynuowany podczas naszych kolejnych wyjazdów i na pewno będzie piękną pamiątką.

Czy coś bym dodała, albo zmieniła?

Na pewno nie zabralibyśmy ze sobą tylu zabawek domowych ile trafiło do walizki. Trochę się z nimi męczyliśmy podczas całego wyjazdu ponieważ po drodze również kupowaliśmy niewielkie prezenty, aby umilić Julianowi czas i ich ilośc stale rosła. Widziałam też czym naprawdę mój syn się bawi, a czego nie wyciąga w ogóle lub bardzo rzadko. Wcześniej bałam się, że jeśli nie weźmie tych zabawek to będzie się nudził i zacznie nam marudzić. A tak naprawdę nie wszystkie były potrzebne. Na pewno wyciągnęliśmy naukę z tej lekcji na kolejne lata.

Wszystkie wymienione przeze mnie powyżej gadżety sprawdziły się nam w 100%.

Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone sposoby to dajcie znać. Chętnie poznam nowe pomysły na umilenie podróży dzieciom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *