Dzień szpilek

Dziś obchodzimy jeden z moich ulubionych dni – DZIEŃ SZPILEK!!!

Szpilki to mój ulubiony rodzaj obuwia. Nigdy nie zapomnę wyjazdu do Zakopanego kiedy miałam 12 lat. Właśnie wtedy stałam się szczęśliwą posiadaczką butów na obcasie. Za połowę pieniędzy jaką dostałam od rodziców na kolonie kupiłam niebieskie plastiki z szarym brokatem. Co to była za radość. Nosiłam je wszędzie i ze wszystkim. Wyobraźcie sobie niebieskie prześwitujące buty na czarnych rajstopach… Tak, tak, dokładnie tak było 🙂

Od tamtego pamiętnego zakupu wiedziałam, że szpilki to będą moje ulubione buty, chociaż jeszcze ich nie posiadałam. Niemniej jednak nie raz podbierałam obuwie mojej mamie, albo starszym siostrom. Godzinami chodziłam w nich po domu, aż do momentu kiedy, któraś wróciła z pracy lub szkoły. Potrafiłam wybrać się też do pobliskiego sklepu spożywczego na wysokich, czarnych platformach zakładając do nich białe, grube, frotowe skarpety, bo przecież były za luźne. Jak ja sobie przypomnę te wszystkie moje perypetie z butami na obcasach to śmiać mi się chce, z jaką determinacją próbowałam zacząć nosić je legalnie.

Szczerze przyznam, że nie pamiętam dokładnie kiedy założyłam szpilki i fakt ten zaakceptowali moi rodzice. Coś mi się wydaje, że było to w gimnazjum. Prawdopodobnie ostatnia klasa i jeszcze nie były to wtedy typowe buty z cienkim obcasem tylko kozaki na słupku. Mam wrażenie, że typowe szpilki zakupiłam za własne kieszonkowe wiosną w pierwszej klasie szkoły średniej. Od tej pory jak miałam założyć adidasy lub inne płaskie buty byłam chora. Do dziś się zastanawiam jak ja to robiłam, że potrafiłam jechać w szpilkach do szkoły autobusem, później jeszcze 15 minut pieszo, średnio 8 godzin lekcyjnych, powrót na przystanek, znów autobus i dojście do domu. Dzisiaj uznaję to za niezły wyczyn, a nawet hardcore. Mimo, że moja miłość do wysokich obcasów nie zmalała ani trochę, powiedziałabym, że się nawet pogłębiła, to już nie dałabym się namówić na taki maraton. W mojej szafie mam niezłą kolekcję butów i mogłabym je podzielić na kilka kategorii. Oczywiście dziś skupię się tylko na szpilkach, które noszę w okresie wiosenno-letnio-jesiennym.

PEŁNE SZPILKI

Bardzo dobrze czuję się w tradycyjnych szpilkach. Moja sylwetka bardzo zyskuje, bo chodzę w nich wyprostowana jak struna, a nie przygarbiona jak w adidasach. Co prawda staram się w nich nie jeździć samochodem, ponieważ nie zawsze jest mi wygodnie i dodatkowo łatwo o zniszczenie obcasa lub czubka buta, to jednak od czasu do czasu prowadzę w nich auto. Niemniej jednak nie mam z tym problemu, aby po dojechaniu na miejsce zrzucić baleriny w samochodzie i po prostu przebrać na szpilki. Prawdą jest również to, że nie chce mi się w nich biegać cały dzień, jak kiedyś.

OKOŁO LETNIE SANDAŁY DO SAMOCHODU

Ten rodzaj obuwia jest dla mnie bardzo istotny ze względu na to, że świetnie prowadzi mi się w nich samochód. Dużo wygodniej niż w szpilkach lub sandałach na paseczkach. Sama bym w to nie uwierzyła, gdybym nie spróbowała. W miesiącach takich jak kwieceń, wrzesień i jeśli pogoda dopisze październik noszę je bez przerwy. Świetnie pasują do sukienek i spodni więc opcji na stylizację mam mnóstwo.

LETNIE SANDAŁY OKOLICZNOŚCIOWE

Z kolei te sandały uwielbiam na jakieś większe wyjścia: randka, impreza, opera. Cudownie podkreślają całą stylizację i często dodają jej pazura. Od czasu do czasu zdarza mi się ubrać je latem na co dzień, szczególnie te w kolorze nude. Przyznaję, że są dość wysokie, ale na te kilka godzin po prostu o tym zapominam 🙂 Czego nie robi się z miłości?

4 komentarze

  1. Pingback: Wyzwanie blogowe 15/15 – podsumowanie! – love_travel_shopping by Marta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *