Nowy planner – kiedy warto pomyśleć o jego zakupie?


Od razu zacznę, że nie jestem osobą, której dobrze idzie długofalowe planowanie. Nie wyobrażam sobie zaprzątać głowę czymś, co ma się wydarzyć np. za rok. Nawet mój ślub i mini przyjęcie planowałam na dwa miesiące przed. OK mogę wpisać to w kalendarz i zazwyczaj tak robię, ale za organizację nie zabiorę od razu, tylko w zależności od tego, czego dotyczyć będzie dane wydarzenie.

Jeśli chodzi o życie prywatne, czyli wizyty u fryzjera, kosmetyczki, z psem u weterynarza, treningi, kto i kiedy ma odebrać, albo zawieźć naszego syna do szkoły, wyjścia do kina czy na koncert a nawet, krótkie wyjazdy na przedłużone weekendy planuję z miesięcznym wyprzedzeniem. Uzupełniam też wszystkie imprezy okolicznościowe: urodziny, imieniny, spotkania towarzyskie, śluby, rocznice itp.

Z kolei jeśli spojrzę na swoją pracę zawodową, to tutaj sprawa ma się troszeczkę inaczej. Czasem faktycznie pojawiają się wpisy na pięć miesięcy do przodu, a nawet na rok. Spotkania w danym miesiącu ustalam na bieżąco każdorazowo je weryfikując uzupełniając o spotkania mojego męża. W taki sposób wiem co będzie się działo w danym tygodniu, ale wiem też, że muszę o czymś pamiętać za cztery lub dziewięć miesięcy.

Lubię też swój rytuał otwierania kalendarza w weekend i sprawdzania co mnie czeka w kolejnym tygodniu. Czasem coś wykreślam, czasem dopisuję. Bywa również tak, że pewne dni pozostają puste. I to najmilszy widok, bo wtedy mam czas na to, na co tylko mam ochotę.

Jednak nie jestem osobą, która zapisuje swoje cele, postanowienia noworoczne, ani wyzwania. I to nie jest tak, że sobie ich nie stawiam, ale już sam fakt, że zmuszam się do wymyślenia sobie nowych zajęć strasznie mnie demotywuje. Z doświadczenia powiem Wam, że im więcej starałam się stworzyć listę zadań, tym coraz mniej miałam w sobie samozaparcia do jej realizacji. Dużo bardziej preferuję decyzje z dnia na dzień. W związku z powyższym w grudniu ubiegłego roku stwierdziłam, że nie mam żadnych postanowień na 2019 i nie będę ich tworzyć sztucznie. Jak się później okazało był to dla mnie bardzo dobry wybór, bo to samo życie przynosiło mi nowe wyzwania. Być może kiedyś się to zmieni, ale na dzień dzisiejszy nadal nie czuję takiej potrzeby.

Podam to na przykładzie:

Chciałam wrócić po dłuższej przerwie na siłownię, ale wiecie zawsze pełno wymówek się znalazło. Poza tym wiedziałam też, że od początku roku będzie na niej mnóstwo ludzi. Przecież to postanowienie noworoczne. Otworzyłam kalendarz i spojrzałam kiedy mam najbliższy jakiś wyjazd. Okazało się, że na początku maja. Z doświadczenia wiedziałam, że potrzebuję trzy pełne miesiące na siłowni, żeby po pierwsze wejść w rytm, a po drugie żeby zobaczyć pierwsze efekty. Teoretycznie wystarczyłoby, gdybym zaczęła na początku lutego, a był 5 stycznia. Będąc w tym czasie w górach w hotelu, który miał siłownię poszłam zobaczyć jaka jest moja kondycja…. No nie było źle po półrocznej przerwie. Kiedy wróciłam z gór następnego dnia obchodziłam urodziny. Wszystko jak zwykle się udało, ale ja już zaczęłam czuć wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś. Więc trzy dni później stawiłam się na sali. Zaplanowałam treningi na trzy tygodnie. Po tym czasie na kolejny miesiąc i tak aż do marca. W połowie marca wprowadziłam zmiany co do godzin i wykonywanych ćwiczeń utrzymując tempo do końca kwietnia. W maju pierwsze 5 dni przerwy bez wyrzeczeń. Przestawiłam swój mózg, że nie będzie przez ten czas żadnego wysiłku fizycznego poza spacerami. Jadłam to na co miałam ochotę o alkoholu już nie wspominając… Po tym czasie grzecznie wróciłam na siłownię z planem do końca maja. W trakcie znów niezaplanowany wcześniej wyjazd, ale tym razem treningi się odbyły. Więc nie miałam już wtedy przerwy. Plan treningowy tworzyłam maksymalnie na miesiąc. Nie zastanawiałam się co będzie później, bo dopiero miałam to zaplanować. W czasie wakacji przypadło mi aż sześć tygodni przerwy. Nie powiem, że było mi lekko kiedy na stół kolejny raz wjechała pizza lub spaghetti, ale dalej trzymałam się tego, że organizm mój, bo już to czułam, potrzebował dobrej regeneracji. Po czterech tygodniach wiedziałam, że mój powrót nastąpi niebawem. Nie zmuszałam się do tego, co więcej dawałam sobie czas. W odpowiednim momencie kolejny raz stawiłam się na sali z powiedzeniem “Byle do Świąt” 🙂

Uwierzcie mi, gdybym w grudniu zapisała sobie w celach na Nowy Rok: WRÓCIĆ NA SIŁOWNIĘ!!! W życiu nie zmobilizowałabym się tak wcześnie. Patrzyłabym na ten napis, jak na przepis trudnego i czasochłonnego ciasta i odłożyłabym go na półkę z książkami kucharskimi mówiąc do siebie, że kiedyś na pewno do niego wrócę. Tylko kiedy? Za miesiąc? Dwa? A może latem? I tak przekładałabym ciągle w nieskończoność swoją decyzję. Nie sprawdza się u mnie powiedzenie, że zapisana rzecz mobilizuje nawet o 40% bardziej. Niestety nie mnie.

W ciągu tego roku, a zaczynamy dopiero październik wiele się u mnie działo. Nawet nie przypuszczałam, że tyle uda mi się rzeczy zorganizować i przetrwać jednocześnie. Nawet nie pomyślałabym o tym, że będę do Was tutaj pisała. Chociaż sprawia mi to ogromną frajdę. Ale podziwiam wszystkie te osoby, które co roku skrzętnie notują zadania, postanowienia i zamierzone cele na cały kolejny rok. Ja czasami wolę nie wiedzieć co mnie czeka 🙂

No właśnie i tutaj postawiłam sobie pytanie: Kiedy warto zaopatrzyć się w nowy planner?

Po pierwsze często spotyka się teraz firmy oferujące swoje produkty, ale w niewielkich ilościach właśnie po to, żeby wyróżniać się na rynku. Ja co do samej oprawy, zawartości, treści jestem bardzo wymagająca. I tak naprawdę gdybym chciała być posiadaczką idealnego plannera, to niestety musiałabym stworzyć go sobie sama. Niemniej jednak znalazłam markę, która powiedzmy, że sprostała większości moich oczekiwań i w tym roku również zakupiłam kolejne na 2020 rok [piszę kolejne, bo nie mogłam się zdecydować na jeden kolor]. Z racji tego, że dziewczyny nie planowały wydania tygodniowego, a taki jest dla mnie najlepszy. Po wielu naszych prośbach postanowiły, przeznaczyć kilkaset sztuk okładek z dziennego na tygodniowy, ale ich ilość była ograniczona. Kiedy otrzymałam maila, a było to w sierpniu, że pojawiły się w sprzedaży i nie wrócą do niej na koniec roku, od razu zamówiłam. W tym tygodniu do mnie dotarły i stwierdziłam, że w sumie dobrze, że już je mam, bo zaczynają pojawiać się sprawy, o których muszę pamiętać za kilka miesięcy. Cała ta sytuacja dała mi do myślenia, kiedy tak naprawę planner ten powinien znaleźć się w naszych rękach.

Myślę, że październik to dobry czas na taki zakup. Tym bardziej jeśli mamy swój egzemplarz sprawdzony i lubimy go. Dlaczego czekać do końca roku, a ważne sprawy spisywać gdzieś w wolnych rubrykach czy kartach przeznaczonych na notatki, kiedy moglibyśmy wpisać je już w odpowiednim dniu w nowym kalendarzu? Myślę też tutaj szczególnie o osobach lubiących planowanie, prowadzących swoje firmy, mające różnego rodzaju kontrakty, nowe pomysły na rozwój, spotkania, które umawiane są z dużym wyprzedzeniem itp. Zazwyczaj w tym okresie jest największy wybór we wszystkich sklepach, które posiadają w swojej sprzedaży kalendarze czy plannery. Natomiast w grudniu powiedzmy to sobie szczerze, nie bardzo jest już z czego wybierać.

Więc jeśli tak jak ja lubicie konkretne rzeczy, macie je sprawdzone, dodatkowo często używacie i bardzo pomagają one Wam w codziennym życiu, to nie czekajcie na ostatnią chwilę, bo może się okazać, że już niestety nie zdążyliście. Chyba, że liczycie na promocje i w razie co nie będzie Wam smutno kiedy przyjdzie wybierać coś w zamian.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *