Domator, który lubi podróżować? Jak to w ogóle jest możliwe?

Jeszcze nie tak dawno moja przyjaciółka stwierdziła, że jestem strasznym domatorem, który lubi podróżować. Jakaś abstrakcja, prawda? Jak jedno może łączyć się z drugim? No właśnie może. Jestem tego najlepszym przykładem.

Kiedy wyjeżdżam nic innego się nie liczy. Robię co w mojej mocy, aby w pracy pozamykać wszystkie tematy i nie musieć o niej myśleć w czasie wyjazdu. Następnie totalnie skupiam się na tym co będę robić, gdzie, w jakich dniach itp. Na miejscu oddaję się podróży w pełni. Wtedy tak naprawdę rządzi los. Co się stanie, tak miało właśnie być, a ja czerpię z tego tyle dobrych rzeczy ile mogę. Każdy problem, który na codzień urósł by do rangi państwowej, staje się zwykłą błahostką, z której śmieje się przez kilka kolejnych sezonów. Skręcamy w prawo czy w lewo? Nieważne, oby za zakrętem było coś ciekawego. Wynajęty samochód ledwo zipie, a szyby otwierane na korbkę, nie wspominając już o braku klimatyzacji przy 35 stopniowym upale? Cudowny temat do wspomnień z mroźnych dni i opadającej zamarzniętej szyby 🙂 Na wakacjach jestem w stanie znieść wiele, naprawdę wiele. Samo to, że jestem w drodze na lotnisko lub do pierwszego punktu nastraja mnie tak pozytywnie, że przeciwności losu nie istnieją. Może mówię tak, bo na samolot nie czekałam nigdy dłużej niż 6 godzin, nigdy nie odwołano mi lotu, nigdy nie zagubiono mi bagażu i nigdy nie przytrafiło mi się nic złego, co mogłoby się przyczynić do zmiany mojego nastawienia. Może nie podróżuję dużo, ani też w jakieś bardzo egzotyczne miejsca na własną rękę, niemniej jednak w drodze czuje się wspaniale. Uwielbiam ten stan, ale jak już wrócę do domu to najchętniej po dwóch lub trzech dniach, gdy już wszystkich odwiedzę, opowiem przeróżne historie, pokażę filmy i zdjęcia, nacieszę się jeszcze raz tym co widziałam, zajrzę do kosmetyczki i fryzjera to zasiadam na kanapie i najchętniej przez kolejne cztery tygodnie nie wyściubiałabym nosa poza moje mieszkania. W zależności od pory roku książka, taras, koc, herbata…

Po dłuższym urlopie w pierwszej kolejności muszę dojść do siebie, następnie nacieszyć się spokojem (tyle wrażeń podczas jednego wyjazdu to czasem naprawdę duże obciążenie psychiczne), pomyśleć i zaplanować następne kilka tygodni oraz wybrać kierunek kolejnego wyjazdu, bez tego depresja murowana. Kiedy ten stan osiągnę, powoli wracam do żywych i zaczynam skupiać się na prostych rzeczach. Każda jedna czynność jaką muszę wykonać to dla mnie wyzwanie. Rozpakowanie walizek. Zakupy spożywcze, nie lubię ich robić co tydzień, a co dopiero po dłuższej nieobecności kiedy w lodówce tylko światło. Sprzątanie mieszkania…. wyobrażacie sobie, że po letnich wakacjach nie położyłam się spać po 14 godzinach drogi, dopóki nie zrobiłam porządku w łazience… W międzyczasie sprawdzam co działo się w pracy i zaczynam z dnia na dzień wdrażać się ponownie w rytm poniedziałek-piątek. Działam trochę jak robot i najbardziej ciesze się kiedy nadchodzi ta pora dnia, gdy wracam co domu. Trudno wyciągnąć mnie na imprezę, zamiast kina odpalam Netflixa [chyba, że emitują akurat filmy włoskie lub francuskie o tematyce wakacyjnej 🙂 ]. Po letnich wojażach tak naprawdę czekam na krótsze wieczory, kiedy mogę zapalić świece i pod osłoną nocy pomarzyć o kolejnych wakacjach.

Dobrze przemyślałam to co powiedziała moja przyjaciółka i stwierdziłam, że ma absolutną rację, ale wiele w tym wszystkim jest sprzeczności. Z jednej strony droga to dla mnie niezwykły stan umysłu, jestem wielbicielką ciepłego klimatu, kocham cieszyć oko nowymi pejzażami i częstować moje podniebienie smacznymi, nieznanymi potrawami. A z drugiej kiedy tylko jestem w domu myślę o okresie zimowym. Czekam na krótsze dni i chłodniejszą porę roku mimo, że nie znoszę kilku warstw ubrań. Więcej czasu z przyjemnością spędzam w kuchni. Najchętniej całe wieczory przesiedziałabym z książką i lampką dobrego wina. Impreza? Jaka impreza? Spotkanie ze znajomymi w domu to już jest wielkie wydarzenie. Jak tylko mam okazję wyjść to zastanawiam się co zrobić, żeby zostać. Jaki pretekst będzie dobry, aby wszystko odwołać…. To wszystko o czym pisze to tylko skrawki wyjęte z mojego życia, które na miejscu również jest ciekawe i barwne. I nie jest tak, że spędzam czas tylko w domu i nigdzie się w międzyczasie nie ruszam. Niemniej jednak dzieje się to w obrębie mojego miasta, mojej rodziny i przyjaciół, znanych kątów i przyzwyczajenia.

Jak widzicie można być absolutnym domatorem, który również lubi czasem się zapomnieć i wyruszyć w nieznane. Ile razy myślałyście, aby to wszystko rzucić i wsiąść w samochód, pojechać tam gdzie droga nas zaprowadzi. Po prostu przed siebie? Ja mam tak przynajmniej kilka razy w roku i być może ten wpis powstał właśnie dlatego, że jestem ostatnio po raz pierwszy uziemiona i nie widzę światełka szybciej jak za dwa i pół miesiąca.

Czekam na pierwsze ferie zimowe mojego syna. Jest to jednak jakaś perspektywa i tego będę się trzymać 🙂

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *