Świąteczna gorączka – czy to już czas?

Uwielbiam okres przedświąteczny. Te wszystkie ozdoby, zapach cynamonu, pierniczki, herbatę z pomarańczą i goździkami, a w tle świąteczne piosenki. Nie ma dla mnie piękniejszego i bardziej magicznego okresu w roku. Cieszy mnie to, że mój syn, podobnie jak ja, nie może się doczekać ubierania choinki i pieczenia ciasteczek dla Mikołaja, mimo iż jest już świadomy, że tak naprawdę prezenty przygotowujemy my. To tak tytułem wstępu.

Zastanawia mnie jednak gdzie jest ta granica czasowa i dobry moment na rozpoczęcie całego tego przedsięwzięcia. Dziś wspominałam mojemu mężowi jak to wyglądało w moim domu rodzinnym. I nie przypominam sobie, żeby cokolwiek świątecznego pojawiło się szybciej jak koło 20 grudnia. Jasne, że wcześniej są Mikołajki, ale samo ubieranie choinki, przystrajanie domu i szykowanie potraw świątecznych odbywało się tuż przed 24 grudnia. Kiedy wyprowadziłam się z domu bywało to różnie, ale z reguły gorączka świąteczna obejmowała mnie gdzieś w połowie grudnia. Jednak w ostatnich latach coś się u mnie zmieniło. Początkowo przez to, że przez kilka lat mieliśmy żywą choinkę w domu, to ubieraliśmy ją najszybciej na dwa, trzy dni przed gwiazdką, ponieważ obojętnie co bym nie zrobiła to tuż po nowym roku niestety trzeba było ją już wyrzucić. Kiedy zamieniliśmy adres mieszkania, zmianie uległo wiele innych rzeczy, jak chociażby to, że trzeci rok będziemy mieli choinkę sztuczną. A co za tym idzie, możemy ją przygotować dużo wcześniej. Już w zeszłym roku zaszaleliśmy i była gotowa, o ile dobrze pamiętam, 4 grudnia. Natomiast w tym roku o ubieraniu choinki słucham już od 3 miesięcy. Mój synek jest tak nakręcony na te wszystkie świecidełka, że obiecałam mu otwarcie sezonu świątecznego w ostatni weekend listopada. Tak, aby na 6 grudnia wszystko było już gotowe.

Cały czas się zastanawiam czy to nie za wcześnie, ale jestem w stanie to wytłumaczyć. Zobaczcie jak wygląda ostatni tydzień przed Świętami. Bieganina po sklepach za prezentami, produktami spożywczymi i jeszcze najlepiej coś ładnego na samą kolację wigilijną. Docieramy do mety, czyli 24 grudnia. Trochę w nerwówce przygotowujemy ostatnie rzeczy na kolację i w moim przypadku zaraz po lecimy do teściowej na kawkę, a zaraz po do moich rodziców na świąteczny wieczór. Wracamy późno, tak padnięci przez te wszystkie pozytywne emocje, ale też dwie noce wcześniej spędzone w kuchni. Witamy się z łóżkiem, po to żeby rano wstać i zacząć cały proces od nowa. Po czym okazuje się, że jest już 27 grudnia, a zaraz za nim Sylwester i cała magiczna otoczka pęka jak bańka mydlana. Do zobaczenia za rok…

Po kilku dobrych latach stwierdziłam, że tak się dłużej nie da. Niby wszyscy byli zadowoleni, ale ja czułam się zmęczona i wypompowana oraz co najgorsze smutna. Można to porównać do oczekiwań a rzeczywistości. Co roku upiększałam sobie ten okres, a z reguły wypadało coś nieplanowanego co ważyło na całości. Niczego tak do końca nie mogłam przygotować na 100% procent bo zawsze czekała mnie jakaś “niespodzianka”. Było mi wtedy źle, tak po prostu źle. Chciałam zorganizować Święta tak, żeby w tych trzech dniach było czuć magię i radość wszystkich, trochę zapominając o sobie i swoich potrzebach. Jak się okazało nie jestem w stanie uszczęśliwić każdego. I nie chcę po nocach myć podłogi po szaleństwach w kuchni oraz malować paznokci, które odgniotą mi się podczas spania od włosów, bo nie miałam już siły zaczekać aż lakier wyschnie.

W tym roku nawet nie zamierzam tego robić, podobnie jak w poprzednich latach, co prawda z różnym skutkiem, ale wiem, że wtedy chociaż próbowałam. Coraz bardziej egoistycznie podchodzę do tematu. Zastanawiam się co mi sprawia przyjemność i mojej rodzinie. Już zaczęłam planować jak ma wyglądać czas przedświąteczny, bo co do Wigilii to pewnie na kilka dni przed się dowiem, ale grunt, że jestem na to przygotowana i staram się być elastyczna co do propozycji innych. Niestety nie jestem w stanie tego przeskoczyć więc musze to zaakceptować. Cieszę się, że jedno co jest niezmienne to wieczór u moich rodziców, gdzie zjeżdża całe moje rodzeństwo. Tylko raz w życiu spędziłam święta poza domem i nie chciałabym tego powtórzyć.

Uznałam zatem, że ten ostatni weekend listopada to idealny czas na włączenie czerwonego przycisku i z pełną świadomością przestawienie się na nowy tryb pt. ŚWIĘTA!!! Będzie ubieranie choinki, ozdabiane całego mieszkania, pieczenie pierniczków i seanse filmowe, do których jeszcze wrócę w innym wpisie. Póki co bronię się do tego czasu na mocniejsze angażowanie w tym temacie i tylko po ciuchu robię listę tego co i kiedy załatwić. A od 1 grudnia totalnie oddaje się wszystkiemu co świeci, błyszczy i gra, włącznie z ubraniami oraz dodatkami.Chciałabym spędzić ten cały okres najbardziej świątecznie jak się do, bo to tylko fragment roku, który nawet należy sobie odrobinę upiększyć.

Znacie te powiedzonka naszych mam: “Nie jedz tego, to na Święta”, a dwa dni później “No zjedzcie jeszcze trochę, bo się zepsuje”? Wszyscy to znamy, sama nawet jeszcze kilka lat temu tak mówiłam. Ale czy naprawdę coś się stanie jak dwa dni przed Świętami zjemy ten kawałek piernika czy makowca, albo rybkę z kapustą z grzybami? Czy ktoś to zauważy, skoro wszystko podajemy na pięknie przystrojonym stole pokrojone, poporcjowane itd? NIE!!! Naprawdę nikt nie zauważy, że z blachy zniknęły dwa rządki ciasta. A pomyślcie ile z tego było przyjemności? No właśnie. Poza tym ile jesteśmy w stanie zjeść potraw w ciagu jednego dnia? Nasz żołądek ma ograniczone możliwości i nie chcę z nimi specjalnie walczyć. Cieszę się, że Wigilia przypada w tym roku we wtorek, ponieważ w weekend przed mogę przygotować prawie wszystko. W związku z powyższym chciałabym zakończyć moją przygodę kulinarną w niedzielę, no może w poniedziałek, o ile będę przygotowywała coś co musi być podane na świeżo. Marzy mi się wstać w Wigilię rano, zrobić sobie kubek pysznej herbaty, usiąść w piżamie na kanapie i się nie spieszyć. Po czym w południe podać wszystkim domownikom gorącą czekoladę z pierniczkami i mandarynkami. A następnie zaserwować kolacyjkę i ruszyć dalej.

Pamiętam taki jeden rok, kiedy tak właśnie było i uwierzcie mi to były jedne z najspokojniejszych Świąt w moim życiu. Żadnego pośpiechu, potrawy i smakołyki gotowe, a ja miałam tego dnia czas tylko dla siebie. Zamierzam to teraz powtórzyć. W związku z powyższym plan powoli zaczęłam wdrażać i już jestem umówiona na kilka dni przed Świętami do kosmetyczki. Jeszcze muszę złapać się z moją fryzjerką. Mam również gotową kreację. Zaczęłam też testować ciasta, aby zaoszczędzić sobie czas przy ewentualnych niepowodzeniach tuż przed godziną zero. Zaczęłam się też rozglądać za prezentami i o tym też powstanie osobny wpis. A wszystkie pozostałe rzeczy chcę “załatwić” w weekend przed. Do tego będę zamęczać mojego męża wszystkimi świątecznymi filmami na Netflixie i playlistą wszystkich największych hitów zimowych. Plan doskonały i naprawdę możliwy w realizacji.

W związku z moimi przemyśleniami na podstawie dzisiejszego postu powstała nowa kategoria wpisów – ŚWIĄTECZNA GORĄCZKA

To właśnie pod tą nazwą będę publikowała wpisy dotyczące Świąt i wszystkiego co się z nimi wiąże. Mamy z moją przyjaciółką taką małą coroczną tradycję, która ostatnimi czasy przeszła niezłą metamorfozę i myślę, że dalej będzie się świetnie sprawdzała. Chętnie się nią z Wami podzielimy. Dodatkowo poza listą prezentów, kreacji itp. pojawi się kilka przepisów na ciasta i inne smakołyki.

Mam nadzieję, że spodoba się Wam moja wizja Świąt Bożego Narodzenia i będziecie tutaj z uśmiechem na twarzy śledzili moje poczynania 🙂

Całuski

Marta

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *